Kiedy 28. sierpnia 2004r., po tygodniu spędzonym na półkoloniach,
wyjeżdżałam z Zelowa pomyślałam sobie, że fajnie byłoby przyjechać
tu jeszcze raz we wrześniu. Potem długo nie będzie okazji do wspólnego
spotkania. Tak to już bowiem z nami "Zelowiakami" jest,
że już przy wyjeździe myślimy o ponownych odwiedzinach. Może to
jakaś choroba? Ciekawe, co by powiedział lekarz, gdybym mu oznajmiła,
że cierpię na Zelów? A może to Wy w Zelowie dosypujecie przyjezdnym
czegoś do herbaty, co powoduje nasze przywiązanie z tym miejscem?
Trzeba to następnym razem zbadać. O, widzicie! Już mam kolejny
powód do przyjazdu do Zelowa! Będę inspektorem ds. popularności
ul. Sienkiewicza.
Ale nie o tym miałam pisać.
Po powrocie do domu zaczęły się wirtualne rozmowy w księdze o
możliwości zorganizowania jakiegoś "tyciego" spotkania.
Może półkolonie dla Cioć i Wujków? Może zjazd? Może... Co by tu
zrobić?
Z pomocą wyszła nam nasza kochana Zgrzewka, a w zasadzie jej Mamusia,
która urodziła to urocze dziewczę właśnie we wrześniu. Dokładnie
23. września Ewa obchodziła swoje 20 urodzinki. Powód do przyjazdu
był więc jasny - pędzimy na urodziny!
Ponieważ w/w dzień września przypadał w czwartek, impreza urodzinowa
przeniesiona została na piątek, tak, by wszyscy zmęczeni całym
tygodniem nauki uczniowie mogli spokojnie zjawić się na Parafii.
Początkowo w programie zapowiedziane było ognisko. Ale pogoda,
która wcale Złotej Polskiej Jesieni nie przypominała, nie pozwoliła
nam na to - zakończyć się to bowiem mogłoby zamrożeniem a nie
upieczeniem kiełbasek i pobytem w "Pierzynowie" z garścią
tabletek i sokiem malinowym. Brr Ale było zimno! Dbając więc o
nasze zdrówko Jubilatka przeniosła świętowanie do salki "po
schodkach". W młodzieżówce było nam cieplutko i milutko
Godzina "W" wyznaczona została na 18:00. Punktualnie
o tej godzinie zjawiła się jednak nieliczna część gości. Poza
Ewą, była już Agnieszka, Agnes czyli, dwie Panny Nowakówny i Gosia.
Reszta była w drodze.
Mhm... ja o 18:00 byłam gdzieś za Pabianicami i zbliżałam się
chyba do Łasku. (Jeszcze parę kursów super-szybkim PKSem i będę
znać całą trasę na pamięć). Tym razem wyjechałam z domu już w
środę. Dwa dni zajęło mi pokonanie drogi do Zelowa i wcale nie
jechałam rowerem, tylko pociągiem przez Warszawę, gdzie należało
odwiedzić starszego Brata i innych znajomych, z którymi uda mi
się spotkać pewnie dopiero w nowym roku Ale nie o tym miałam przecież
pisać... Na czym to ja skończyłam? Już wiem.
Dojechałam do Zelowa o 18:40, wysiadłam z autobusu i szybciutko
popędziłam na Sienkiewicza. W końcu byłam już spóźniona i to "ciut"
więcej niż wynosi akademicki kwadrans. Myślałam, że będę ostatnia
spóźnialska, ale Agnes, która powitała mnie na podwórku, oznajmiła,
że na salce jest tylko Ewka, Gosia i Daria. No to pomyślałam sobie,
że skoro nie jestem taka ostatnia, to zrobię Glonojadce taki mały
Silverowski psikus. Stanęłam pod oknem salki, zadzwoniłam do Ewy
(jak to fajnie mieć sekundowe naliczanie) i ze smutkiem w głosie
oznajmiłam jej, że jestem w Łasku i czekam na podmianę autobusu,
bo mój PKS złapał gumę i nie może dalej jechać i że najwcześniej
będę za jakąś godzinę. hi hi hi Glonojadka uwierzyła biednej Martusi,
wyraziła swoje współczucie i z żalem powiedziała, że czekają na
mnie z niecierpliwością. Ha! Beczka śmiechu i ubaw po pachy, jakby
to powiedziała nasza Kasia! Kawał się udał! Jak tylko Ewa przekazała
dziewczynom moją "tragiczną" sytuację, ja wkroczyłam
do salki i... Prima Aprilis! (W zasadzie ani Prima ani Aprilis,
ale wiadomo o co chodzi ) Dziewczyny nabrały się wszystkie! Nie
wyrzuciły mnie jednak przez okno, tylko ładnie się przywitały.
A po przywitaniu nadszedł czas na złożenie życzeń, starej już,
bo z 2 z przodu, Ewie-Zgrzewie od równie starej (bo też z 2 z
przodu) Silver. Dałam Ewiśce "selbstzgemachtowany" prezencik
i klej "super-glue" w razie awarii, bo reklamacji nie
przyjmuję. Miałam jeszcze dla niej tulipanka, którego wiozłam
przez pół Polski, ale zgubiłam... chyba w autobusie. (Jeżeli więc
Pan Kierowca jadący z Łodzi do Zelowa o 17:10 ze stanowiska 4,
znajdzie tego kwiatka, to proszę go oddać Ewie).
Po moim przybyciu zaczęli zjawiać się pozostali goście. Przyszła
Adusia z Justyną, Monika i Robert, i Ewelina, i Danusia, i Żanetka,
i Tobiasz, i Maciek, i Filip, i ... kurczę! - dużo nas tam było!
W sumie przewinęło się tego wieczora przez salkę ponad 30 osób.
Przyszedł do nas nawet Pastor, który przywitał się z nami i życzył
udanej zabawy a kiedy już w salce zaczęło robić się gwarno i wesoło,
można powiedzieć, że impreza się rozpoczęła. Fajnie było się z
wszystkimi zobaczyć, przywitać, wspólnie obejrzeć tonę zdjęć z
wakacji, wypić herbatkę i... zjeść przepyszną pizzę, którą dostarczyła
nasza znajoma już pizzeria. Pizza była urodzinowym tortem i chociaż
nie miała świeczek to była urodzinowo pyszna. Dla wszystkich starczyło,
wszyscy się najedli i nawet zostało dla tych o większym burczeniu
w brzuchu. Oprócz pizzy na stole pojawiały się co jakiś czas inne
przekąski i smakołyki, które nie były ani białe ani zielone ani
czarne jak to mi się marzyło, ale w tym dniu zawiesiłam wyjątkowo
grę w kolory.
Ponieważ ping-pong i sławne piłkarzyki miały w tym dniu wolne
z powodu "kontuzji", spędziliśmy wieczór i noc na rozmowach
i plotkowaniu przy muzyce.
W międzyczasie Ada została mianowana na FląderFish i może już
pod nowym nick'iem pływać w Akwarium. Mała Fląderka szybko się
polubiła ze swoją nową nazwą (wymyśloną przez Ewę) a jej poczynania
można śledzić w księdze.
Poza tym zabawiliśmy się też w Spoona i Kowboja (nawet udało mi
się raz wygrać!) chociaż do dzisiaj nie jestem pewna o co w tej
grze tak do końca chodziło...
Wraz z upływem godzin, zmniejszała się liczba przebywających w
salce osób. Długo wytrzymali Filip i Tobiasz, ale ostatecznie
pozostały same dziewczyny, czyli: Ewa, Agnes, Daria, Monika, Ada,
Emilka i ja. Wtedy też zaczęło się babskie plotkowanie, o którym
jednak w ramach żeńskiej solidarności nie będę pisać
Kiedy Zgrzewa otworzyła kolejną paczkę chipsów zbuntowałam się
i powiedziałam, że ja tego nie mogę już jeść i mam ochotę na jakieś
jabłko. A ponieważ od jakiegoś czasu jest całodobowy targ na samym
końcu Zelowa (lub początku, jeśli ktoś woli), udałyśmy się tam
i kupiłyśmy pyszne jabłka. W drodze po jabłka wymyśliłyśmy, że
ja będę udawać dziewczynę z Niemiec, która nic "po polskiemu"
nie "verstejuje". Było śmiesznie, bo panowie-sprzedawcy
chyba się nabrali.
Po zrobieniu zakupów wróciłyśmy na salkę i plotkowałyśmy dalej.
Nasze plotkowanie przerywane było co jakiś czas dostawą ciepłej
herbaty i kultowym już zdaniem Agnes: "Co robimy?" Tak
udało się nam dotrwać do rana. Niektóre z nas zupełnie nic nie
spały, inne zdrzemnęły się trochę na fotelach. Ja poza 20-minutowym
kryzysem o jakiejś 5 rano, wytrzymałam bez odpoczynku. (W sumie
nazbierało się tego prawie 39 godzin).
Po wschodzie słońca opuściła nas Fląderka i Panny Nowakówny a
reszta zabrała się za robienie porządków. Umyłyśmy naczynia, zamiotłyśmy
podłogę, wyniosłyśmy śmieci... po chwili nie było już znaku imprezy.
O godzinie 8 z minutami pobiegła na autobus do Bełchatowa Agnes
- nie wróciła już, czyli zdążyła przed odjazdem. Po niej do domku
wybrałyśmy się i my, a raczej Emily i Zgrzewa, bo ja do swojego
szłabym długo, oj bardzo długo! Goldi pojechała rowerkiem do siebie
przygotować się do występu, którego nazwy powtórzyć nie umiem
a ja poszłam z Ewą do jej domku na śniadanko, po którym odjechałam
w siną dal PKSem marki mi nieznanej, kasując bilet za 1,60 zł.
do Bełchatowa, by tam zobaczyć się z inną rybą zwaną Anią.
Tak oto było na urodzinkach Ewy Yellineck. Jeżeli pominęłam jakieś
szczególnie ważne fakty, opuściłam ważne nazwiska i w ogóle nagryzmoliłam
coś nie tak, to trudno. Tak chciałam i tak zrobiłam. Na tym kończę
moje sprawozdanie i idę spać, bo nie chce mi się pobijać rekordu
w niespaniu. Wszystkim wytrwałym, którym udało się doczytać do
tego miejsca mówię: dobranoc!